Rozdział V

 all-hail-king-julien-07

Witam was moi drodzy. Co u Was słychać ? Jutro koniec długiego weekendu, a więc trzeba jakoś wykorzystać te resztki wolny czas i zrobić coś pożytecznego (ja napisałam rozdział i zjadłam twarożek wiejski :D). Bardzo dziękuję za komentarze pod ostatnią notką, to wiele dla mnie znaczy. Kowalski, opcje !, chętnie przeczytam twoje opowiadanko, przepraszam cię za moje głupie myślenie :/ Szczerze, to nie wiem czy ty wiesz, ale jestem tą samą Katie z forum ;p

Propo opka. Mam nadzieję, że nie będą to takie flaki z olejem, jak ostatnio i dacie radę doczytać do końca :) Wtrącę jeszcze, że screen, który umieściłam powyżej, pochodzi z nowego serialu Netflixa pt. „All Hail King Julien”. Pierwsze odcinki wejdą w grudniu, czego ja już nie mogę się doczekać. Piszcie w komentarzach co sądzicie na ten temat, a teraz zapraszam na nowy rozdział.

Rozdział V

- Jeszcze nigdy nie byłam w kinie – ekscytowała się Olivia. W jednym skrzydle trzymała kubełek maślanego popcornu, w drugim dietetyczną colę, a pod pachą niosła paczkę chrupek.

Nie wiedząc za bardzo jak zintegrować się z drużyną, postanowiłem, że zabiorę ich na plenerowy seans filmowy, który odbywał się nieopodal zoo. Sven był sceptycznie nastawiony, jednak Maks i Olivia cieszyli się jak małe dzieci. Poprzedni szef szczędził im takich rozrywek. Skipper wprawdzie był surowy, ale pozwalał nam na to i owo. Szkoda, że go tu nie było…

Sven przewrócił oczami.

- Ja nadal uważam, że to kiepski pomysł, a co jeśli ktoś nas zauważy ?

Poniekąd rozumiałem jego obawy, na początku też bałem się, że ludzie mogą dowiedzieć się o naszym sekrecie. Jako bardziej doświadczony mogłem powiedzieć, że to minie z czasem.

- Ludzie nie są aż tak spostrzegawczy, jak ci się wydaje – zauważyłem, ale on wyglądał na jeszcze bardziej rozdrażnionego.

- Ola, zobacz jaki wielki ekran! – zawołał Maks, wlepiając wzrok w czarne tworzywo, na którym miał zostać wyemitowany film.

Z tego co wiedziałem, Olivia mieszkała w Stanach od niespełna roku, a Maksymilian zaledwie kilka miesięcy. Całe swoje życie spędzili z dala od wielkich miast i wieżowców, technologia nie była im dobrze znana. W nieco lepszym położeniu był najstarszy Sven. Urodził się i wychował w niewoli, zdążył przywyknąć.

- Ten duży kasztan idealnie nada się na kryjówkę, w jego bujnej koronie będziemy mogli obejrzeć seans od początku do końca, bez żadnych przykrych niespodzianek. – Dziewczyna wskazała na wiekowe drzewo, pod którym leżało już kilka zielonych łupinek.

- A może upieczemy je sobie, gdy wrócimy do domku ? – zapytała, a w jej oczach pojawiły się iskierki. Jesień przypominała jej dzieciństwo i czasy, gdy budowała z rówieśnikami ludziki z zapałek.

Na samo wspomnienie o jedzeniu, Sven momentalnie musiał się wtrącić, żeby dać niedoświadczonemu żółtodziobowi kilka cennych rad w kwestii kulinarnej.

- Bardzo mi przykro, moja droga, ale to nie są jadalne kasztany, więc nie radziłbym ci ich próbować – wymądrzał się, co uraziło wrażliwą dziewczynę.

- Tak się składa, że kasztan i kasztanowiec zwyczajny to dwie różne rośliny – dodał i gdyby nie surowe spojrzenie szatynki, zapewne kontynuowałby aż do rozpoczęcia maratonu.

- To, że nie jestem najlepsza w kuchni, nie jest równoznaczne z głupotą. Od tego patrzenia na wszystkich z góry niedługo wyrośnie ci garb – fuknęła.

Maks zachichotał.

- Tak nie podrywa się lasek – powiedział i poklepał wyższego o głowę Svena, jakby był jego młodszym braciszkiem. – Oj, nie ładnie, stary, nie ładnie.

Uśmiechnąłem się do siebie. W gruncie rzeczy, oni nie byli wcale tacy źli. Być może to tylko ja zbyt poważnie podchodziłem do sprawy. Pomyślałem o tym, jak bardzo niski w stosunku był Skipper, a jakim ogromnym respektem darzyłem jego osobę. To zapewne kwestia mojej czysto naukowej psychiki, która nie potrafiła przełączyć się na nowy tryb szefowania.

- No dobrze, drużyno, zostało nam jeszcze 25 minut, za chwilę zjawi się tu tłum ludzi, sugeruję, żeby zająć miejsca.

Po chwili siedzieliśmy na grubszym konarze kasztana. Atmosfera zdawała się być dość luźna, ludzie rozmawiali, kupowali przekąski, szukali wolnych krzeseł. Sielankowy widok. Mnie nadal coś gryzło, ten dziwny niepokój, uczucie, że zaraz wydarzy się coś złego. Jak bardzo bym nie pragnął, nie potrafiłem się zrelaksować.

Nadeszła godzina 20. Okolica była ciemna niczym czarna kawa szefa, co miało zastępować przyciemnioną salę kinową.

- Weź się zamknij, Maks, już się zaczęło – mruknęła komandoska, a na widok pingwina pałaszującego jej prowiant, o mało co nie zagotowała się ze złości. – Przestań wszystko wyżerać, to miało nam starczyć do końca.

- Będzie przerwa, to ci przyniosę – odpowiedział, nie przestając jeść chrupek cebulowych.

***

Półtora godziny później, w czasie 20-minutowej przerwy, ja i Olivia udaliśmy się do bazy po przekąski, których już na początku brakowało.

- Bardzo panu dziękuję, że pan ze mną poszedł, głupio to zabrzmi, ale boję się ciemności – wyznała pingwinka, tym razem niosąc kilka paczek chipsów i prażynek naraz.

Uśmiechnąłem się do niej ciepło.

- To naturalne, że się boimy, nie ma ludzi nieustraszonych – odparłem, jednak na jej twarzy nadal malowało się zwątpienie.

- Nie sądzę. Dla naszego byłego kapitana nie było rzeczy przerażających i mrożących krew w żyłach – opowiadała. – Raz, gdy nie chciałam spać bez lampki nocnej, skonfiskował mój ukochany aparat i zagroził, że już więcej go nie zobaczę.

Zwyczajnie zrobiło mi się jej żal. Jako jedyna z całego oddziału naprawdę mnie szanowała i starała zrozumieć. Przynajmniej wiem dlaczego nie przepadała za swoim poprzednim przywódcą.

- Szefowie już tacy są, kreują się na wszechwiedzących herosów, osoby nie posiadające żadnych ograniczeń, a gdy stają twarzą w twarz ze swoim strachem, są bezsilni.

Wyraźnie dodałem jej otuchy. Kąciki jej dzioba drgnęły ku górze, a twarz przybrała łagodniejszego wyrazu.

- Mój szef cierpi na aichmofobię – przytoczyłem przykład.

Ivi parsknęła.

- Nigdy nie zrozumiem, dlaczego ludzie boją się małej igiełki.

- Ja tym bardziej.

Dalszą część drogi umiliła nam rozmowa o naszych dowódcach. O tym jak Skipper myślał, że jest kobietą, zamienił się w dziecko i nie mógł wydostać z wybiegu kangura. Szliśmy wąską uliczką wychodzącą na park miejski, kiedy coś podejrzanego zwróciło moją uwagę. Przystanąłem, nasłuchując.

- Ma pan bardzo ciekawe życie, kapitanie – mówiła dalej. Gestem uciszyłem dziewczynę.

- Coś się stało ? – zapytała po chwili zwątpienia.

- Czujesz to ? – wolnym skrzydłem wskazałem na kilka odłamków szkła, które lekko drżały. Wstrząsy z każdą chwilą przybierały na sile. Solidne, majestatyczne domy starej kamienicy zachybotały się jak domki z kart.

Usłyszałem krzyk Olivii, która straciła równowagę i przewróciła się na chodnik.

- Uważaj ! – Bez chwili zastanowienia złapałem dziewczynę i przyciągnąłem w swoją stronę, zanim zdążyło spaść na nią kilka donic z kwiatami. Kadetka instynktownie złapała się mojego ramienia i przysunęła nogi bliżej siebie.

- Wstawaj, zaraz coś się na nas zawali ! – Podałem jej skrzydło. Budynki stały blisko siebie, nie mieliśmy gdzie się schować, jakimś cudem nic nas jeszcze nie przygniotło.

To dziwne uczucie, które nękało mnie w parku miało rację. Intrygowało mnie to, skąd moje ciało mogło o tym wiedzieć ? Czy to coś w rodzaju meteopatii ? Zmiana samopoczucia przewidująca takie zjawiska jak deszcz ?

Zamyśliłem się jednak w całkowicie nieodpowiednim momencie.

- Dom ! – usłyszałem wrzask dziewczyny. Serce zabiło mi szybciej, a ja po raz pierwszy (właściwie to po raz drugi), na chwilę przestałem analizować i kalkulować. Mocno objąłem drobną szatynkę i padłem na ziemię.

C.D.N.