Rozdział IV

Rozdział IV

Obudziłem się jakiś czas później, za sprawą wybojów na drodze. Na zewnątrz było już zupełnie ciemno, a zachmurzone niebo przykrywało wszystkie gwiazdy. Szkoda, że nie miałem zegarka, przynajmniej wiedziałbym, ile trwała moja drzemka. Jakieś pół godziny później, auto zatrzymało się, a dwójka pingwinów zaprowadziła mnie do podziemnego tunelu, którym to miałem udać się do nowego siedliska.

- Proszę, to pański identyfikator, pozwoli na bezpieczne podróżowanie – powiedział wyższy z nich i podał mi niebieską kartę. – Po lewej stronie znajduje się wejście numer 54, wychodzi bezpośrednio na wybieg pingwinów. Powodzenia – dodał, po czym dwójka odeszła, a ja musiałem radzić sobie sam. Skierowałem się więc tam, gdzie mi wskazano. Otworzyłem drzwi do jakiegoś ciemnego pomieszczenia. Poziom zabezpieczeń w Waszyngtonie był o wiele bardziej zaawansowany, niż ten w Nowym Jorku, jednak już tęskniłem za uszkodzonym alarmem w Central Parku.

- Dobry wieczór ? – mruknąłem zdecydowanie za cicho, żeby ktokolwiek mógł mnie usłyszeć.

Zrobiłem kilka kroków do przodu. Rozejrzałem się. W rogu ujrzałem mały stolik, a pod nim pudełko po dużej pizzy. Reszta przestrzeni była niewidoczna, bowiem tylko tam docierało światło, dostające się przez okno.

- Sven, przestań hałasować – burknął zaspany, kobiecy głos. Domyśliłem się, że należał do Olivii.

Po omacku podszedłem do ich pryczy, po czym odchrząknąłem.

- Wybaczcie, że nękam was o tak późnej porze, ale chciałbym, żeby ktoś wstał i zapalił światło. Nie mogę znaleźć przełącznika – powiedziałem wyjątkowo płynnie, pomimo zdenerwowania. Trójka kadetów gwałtownie poderwała się z prycz, a ja w jednej sekundzie znalazłem się na podłodze.

- Kim jesteś ? – usłyszałem któregoś z panów. – Ivi, co jest z tym światłem ?

Jeden z pingwinów włączył latarkę i skierował ją prosto na moje oczy. Zamknąłem je mocno i gwałtownie.

- Spokojnie, nie jestem szpiegiem, przysłano mnie tutaj, abym zajął miejsce waszego byłego dowódcy – wytłumaczyłem na jednym tchu. Wysoki pingwin o piwnych oczach puścił mnie, a ja głęboko odetchnąłem.

- Miał pan być dopiero jutro – odezwała się dziewczyna, a kilka jarzeniówek rozbłysło jasnym światłem.

Wstałem z podłogi i dokładnie prześledziłem bazę. Była niewielka, schludna i skromna, podobna do tej nowojorskiej. Po prawej stronie znajdował się kącik kuchenny, tuż obok niewielki stół z czterema czarnymi pufami obitymi materiałem. Na przeciwko wisiał nowoczesny telewizor, kilka obrazów, a na półkach walały się bibeloty. Doszedłem do wniosku, że wszystkie siedziby były urządzone w podobny sposób.

- Bardzo mi przykro, ale ja sam dowiedziałem się o moim awansie zaledwie kilkanaście godzin temu – wytłumaczyłem. – Gdzie mógłbym położyć swoje rzeczy ?

Po chwili ciszy jeden z chłopców wskazał mi wolny pokój.

- W razie problemów, jesteśmy do pańskiej dyspozycji – odparł dość oficjalnie. – Bardzo przepraszamy za zaistniałą sytuację,  wzięliśmy kapitana za intruza, proszę nam wybaczyć.

Poczułem się nieswojo. Nikt nie traktował mnie z takim szacunkiem, zwłaszcza nieznajomi. Chcąc uniknąć dalszej rozmowy, odpowiedziałem szybkie „dziękuje” i zamknąłem za sobą drzwi.

Ufff, jak to dobrze, że chociaż przez chwilę mogę być sam. Spojrzałem na pusty pokój. Nie znalazłem tu nic innego, poza biurkiem, krzesłem obrotowym i łóżkiem. Usiadłem na materacu i zacząłem wypakowywać swój skromny ekwipunek. W szufladach pochowałem przybory, ulubiony clipboard, ładowarkę do smartfona i kilka innych drobiazgów. Z przegródki walizki wyciągnąłem ramkę ze zdjęciem, przedstawiającym mnie, Skippera, Szeregowego i Rico. Uśmiechnąłem się smutno, stawiając je na blacie. Najprawdopodobniej w najbliższym czasie nie będę mieć czasu, żeby się z nimi skontaktować. Teraz pewnie jeszcze smacznie śpią, jest trzecia nad ranem. Dopiero za kilka godzin Szef wypije swoją ulubioną czarną kawę, Rico przygotuje śniadanie, a Szeregowy obejrzy powtórkę odcinka Słodkorożców. Hmm… A ja ? Zazwyczaj drzemałem z liczydłem w skrzydle, pod nosem powtarzając skomplikowane równania matematyczne. Jednak dzisiejszego dnia to wszystko miało się zmienić. Ja jako przywódca nie będę już tą samą osobą. Położyłem głowę na zagłówku. Znów dopadła mnie ta przeklęta migrena. Wyciągnąłem tabletki przeciwbólowe i wziąłem jedną. Pomimo sporej dawki snu, nadal byłem zmęczony. Nawet nie zauważyłem, kiedy odpłynąłem…

***

- On jest jakiś dziwny – stwierdził Sven, przygotowując rybne omlety następnego ranka. Był postawnym mężczyzną, z bujną grzywą i niebieskimi tęczówkami. Obok niego siedziała niska, zielonooka szatynka i wyjątkowo przystojny brunet, którym był Maks. Jak każdego poranka zbierali się w kuchni przy wspólnym posiłku, ja natomiast byłem jeszcze pogrążony w głębokim śnie.

- Jak dla mnie jest całkiem normalny – zaprzeczyła dziewczyna, nakrywając do stołu. – Na pewno nie dorówna kapitanowi, jednak nie może być aż taki zły, może jedynie zagubiony – broniła mnie, co było całkiem miłe z jej strony.

Maksymilian parsknął śmiechem.

- Nie mam pojęcia, kto go wybrał, ale nie wygląda na kogoś, kto potrafi dowodzić innymi, łatwo będzie nim manipulować.

- Przypominam ci, że już dostałeś jedno upomnienie, jak będziesz go gnoić, to w końcu wylecisz – zauważył Sven, wyciskając świeży sok z pomarańczy. – Jest wyżej postawiony.

Olivka zamrugała niewinnie swoimi bajecznie długimi rzęsami.

- Chłopcy, nie kłóćcie się z samego rana – prosiła.- Jesteśmy drużyną, jakoś sobie poradzimy.

Trójka usiadła przy stole i zaczęła posiłek, gdy ja opuściłem swój gabinet, nie do końca wiedząc, co się ze mną dzieje, nadal byłem nieco zaspany.

- Dzień dobry – przywitałem się.

Drużyna przerwała śniadanie.

- Dzień dobry, kapitanie – odpowiedzieli jednogłośnie, co brzmiało dość dziwnie. Zauważyłem czwartą porcję, która zapewne czekała na mnie. Siedzieliśmy w zupełnej ciszy, nikt nie ośmielił się odezwać. Po skończonym posiłku, Olivia zabrała się za zmywanie, a pozostała dwójka wyszła na zewnątrz.

- Pomogę ci – zaproponowałem, mając nadzieję, że w jakiś sposób zdobędę jej zaufanie.

- Nie trzeba, dzisiaj jest moja kolej – powiedziała, układając talerze na suszarce. Ja bez słowa wziąłem ręcznik i zacząłem wycierać szklanki.

- Słuchaj, wiem, że nie jesteście zadowoleni, ale muszę zastąpić waszego byłego dowódcę, inaczej rozdzieliliby was do odrębnych zespołów – zauważyłem. Dziewczyna poprawiła grzywkę.

- Proszę wybaczyć chłopcom, trudno znoszą tę sytuację – usprawiedliwiała ich.

Uśmiechnąłem się smutno. Ja również nie mogłem przywyknąć. Dobrze wiedziałem, jak musieli teraz się czuć.

- Nic nie szkodzi, Olivio, na pewno się jakoś dogadamy. Przekaż kolegom, że dzisiaj mają dzień wolny, ja sam muszę dojść do siebie.

Pingwinka skinęła.

- Oczywiście, że im przekażę kapitanie.

Szybko dokończyłem układanie naczyń, następnie wziąłem ręcznik, żeby się odświeżyć.

***

Jak na razie wszystko szło zgodnie z planem. Żadnych samoistnych ruchów strumienia wody, znikających przedmiotów, czy innych dziwnych zjawisk. Przez chwilę poczułem się spokojniej. Sięgnąłem po butelkę z moim ulubionym płynem arbuzowym (nie przepadałem za typowo męskimi zapachami). Ku mojemu zadowoleniu, była na swoim miejscu. Wylałem odrobinę na skrzydła, nucąc jakiś popowy kawałek, gdy nagle usłyszałem trzask. Serce o mało co nie wyskoczyło mi z piersi. Jak się okazało, to tylko szampon zsunął się z krzywej półki i spadł na podłogę. Kontynuowałem więc kąpiel, starając nie wpaść w paranoję. Na dodatek leki przeciwbólowe przestawały działać. Głupia głowa…

Owinąłem ręcznik na biodrach i udałem się w stronę apteczki, gdzie schowałem swoje pigułki. W szklanych drzwiczkach szafki ujrzałem zmizerniałe odbicie pingwina, o niewyraźnym wyrazie twarzy i napuchniętych oczach.

- Wyglądasz gorzej niż pierwszy lepszy szeregowiec – skarciłem samego siebie, sięgając do klamki.

W jednym momencie szkło roztrzaskało się na tysiące drobnych elementów, pokrywając całe pomieszczenie w ostrych kawałkach. Upadłem na podłogę, wydając z siebie stłumiony krzyk. Co się ze mną działo ? Byłem przerażony, szok spowodował, że nawet nie poczułem bólu, gdy parę odłamków wbiło się w moje ciało.

- Kapitanie, co się dzieje ?! – usłyszałem przerażony głos Olivii. Przez chwilę nie mogłem nic z siebie wydusić, co spowodowało u niej dodatkowe napięcie.

- J-ja się poślizgnąłem… – wydukałem, patrząc na drzwiczki, w których jeszcze niedawno było wprawione lustro. Dziewczyna wykorzystała fakt, że zamek w drzwiach był uszkodzony i w prosty sposób dostała się do środka. W jej zielonych oczach malował się strach.

- Pan jest ranny ! – zawołała, natychmiast podbiegając do mnie. Kompletnie nie przejęła się tym, że zniszczyłem jedyne zwierciadło w bazie.

- Proszę pokazać mi to skrzydło – niemalże rozkazała, ujmując je delikatnie. – Rany nie są głębokie, ale będę musiała je zdezynfekować i opatrzeć – powiedziała,  wyjmując kawałki. – Proszę wstać, ostrożnie.

Ja posłusznie wykonałem jej polecenie, nie mogąc przestać myśleć o tym, co właśnie się stało. Kadetka zaprowadziła mnie do salonu, starannie odkaziła moje skrzydło i opatrzyła je w śnieżno-białe bandaże. Następnie zabrała się za sprzątanie łazienki.

- Olivio, bardzo przepraszam, nie powinienem myśleć o niebieskich migdałach – odezwałem się dopiero po kilku minutach, gdy ta zdążyła odkurzyć już całe pomieszczenie. – Lustro odkupię…

Szatynka pokręciła przecząco głową.

- Wypadki chodzą po ludziach, ważne, że panu nic się nie stało. Na drugi raz proszę bardziej uważać.

- Ivi, co ty robisz ? – do bazy wrócił Maks. – Myślałem, że w tym tygodniu to ja mam sprzątać – dodał, na widok odkurzacza.

- Tak bardzo cię kocham, że postanowiłam cię wyręczyć – odpowiedziała zaczepnie, wstawiając urządzenie do schowka. – Poza tym mówiłam, żebyś naprawił drzwiczki od apteczki, przez twoje lenistwo o mało co nie straciliśmy kolejnego szefa – skarciła go, już o wiele poważniej. Maks dopiero po chwili połączył fakty i zrozumiał co się stało.

- Sorry, jutro się tym zajmę, słowo harcerza.

Olivia przewróciła oczami. – Nie jesteś harcerzem, ty kłamco.

C.D.N.

Biedny Kowalski, nic nie idzie po jego myśli. Waszym zdaniem uda mu się zrehabilitować i zdobyć zaufanie nowej drużyny ? Odpowiedzi na to pytanie oczekujcie w piątym rozdziale :)

Jak na razie pozdrawiam i do następnego,

Katie :>

4 Komentarze

  1. Rozdział bardzo ciekawy.
    Nowy oddział już mi się podoba ;p
    Olivia to bardzo miła osóbka, dobrze że chociaż ona popiera Kowcia.
    Dziwna rzecz stała się z tym lustrem, intryguje mnie, co było tego przyczyną O.o
    Znalazłam kilka drobnych błędów, jedyne do czego się doczepię, to fakt, że w liczbie mnogiej nie stosujemy „kolegą”, a „kolegom”. Zamiast ‚ą’ zawsze pojawia się ‚om’.
    Innych uwag nie mam ;p
    Z niecierpliwością czekam na kolejną odsłonę ;D

  2. Fajny rozdział :D
    Najwidoczniej nie tylko do rysowania masz talent ;)
    Fajnie że Ivi obroniła nowego Szefa (może będzie love ?)
    ,,- Sory, jutro się tym zajmę, słowo harcerza.
    Olivia przewróciła oczami. – Nie jesteś harcerzem ty kłamco.”
    Mój ulubiony tekst :D
    Super ci to wyszło. I te dziwne zjawiska. Kowalski coś namieszał z tym eliksirem :P
    Ciekawe jak tam Skipper z chłopakami. Pewnie już za nim tęsknią :)
    Ciekawe też kto będzie pingwinem od opcji i strategi :)
    Może i tam wyślą nowego pingwina/nicę?
    Choć pewnie nie bo trzeb by było pisac o tym i o tamtym zupełnie jak dwa opka :(
    Super, czekam na dalszy ciąg z niecierpliwością :D
    No i zapraszam do siebie na nowy rozdział ;)
    Gabi

  3. Olivia jest spoko, ale jakoś nie ufam Svenowi. Jak do tej pory jest mega. Nowy oddział jak sądzę wkrótce zaakceptuje nowego Szefa, martwię się bardziej o Kowcia.
    Dojdzie do siebie, po tej całej migrenie? dogada się z zespołem? przestanie czuć się zagubiony?
    Z niecierpliwością czekam na next i na dalszy rozwój wydarzeń.

  4. Czuję się na tym blogu taka nowa… :D
    Teraz przeczytałam wszystko co miałam przeczytać…
    Na razie jest świetnie (y) ;)
    Notka zarąbista… *o*
    Biedny Kowcio ;-;
    Tak się stara, a lustro przeciwko niemu… xD
    Przynajmniej Olivia jest po jego stronie…
    No to chyba tyle…

    Pozdrawiam i weny życzę…

    Nati ;)

    Ps. Kiedy nn? :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.