Rozdział I

Rozdział I

Kowalski P.O.V.

Czuję, że jestem blisko. Jeszcze tylko kilka kropel i… gotowe. Niebieska ciecz w jednym momencie zmieniła swój odcień, a w zasadzie stała się bezbarwna. Uśmiechnąłem się, ostrożnie umieszczając probówkę na stojaku.
– Dobra robota, Kowalski, zasłużyłeś sobie na przerwę – powiedziałem sam do siebie, odkładając gogle do szuflady. – Mój eliksir młodości jest wreszcie gotowy.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem się tak dumny. To odkrycie byłoby przełomem dla ludzkości, zapewniło mi sławę i bogactwo. Jednak nie chciałem tego, robiłem to dla własnej satysfakcji. Tak więc wziąłem szybki prysznic, podłączyłem smartfona do ładowarki, po czym położyłem się. Skipper na szczęście nie zauważył, że wymknąłem się w środku nocy. Bardzo nie lubił nieposłuszeństwa w swoim oddziale. Oparłem głowę na poduszce i chwilę później zapadłem w głęboki sen. Szkoda tylko, że zapomniałem o pewnej niedogodności, pozostawionej samej sobie w moim miejscu pracy.

***

Następnego dnia, zaraz po porannym treningu i kilku mniejszych misjach, udałem się do laboratorium.
– Minęło dokładnie 10 godzin, substancja jest gotowa do testów.
Z dumą spojrzałem na przeźroczystą probówkę.
– Tak bardzo cię kocham – odparłem, biorąc ją w swoje skrzydła.
Przez chwilę zastanawiałem się, jaki ma smak. Jeśli tak samo neutralny jak zapach, nie powinno być problemu z jej wypiciem. Jeszcze raz spojrzałem na szklane naczynie, po czym pochłonąłem jej zawartość.
– Hmm, nie było tak źle – pomyślałem.
Nieco gorzkawo-słony smak, podobny do lekarstwa, które w dzieciństwie dawała mi mama. Ze schowka wyciągnąłem notatnik.

- Pierwsza minuta. Brak reakcji – zapisałem niedbale.

Odczekałem jeszcze pół godziny, po czym wróciłem do reszty załogi. Wszystko było całkowicie normalne. Szeregowy, Rico i Skipper grali w karty razem z zaproszoną przez nich Marlenką.

- O, cześć Kowalski, jak twój wynalazek ? – zapytała jak zawsze pogodna wydra.
Uśmiechnąłem się od ucha do ucha (a raczej otworów słuchowych).
– Znakomicie, Marlenko, jestem pewien, że tym razem zadziała – odparłem, wyraźnie optymistycznie nastawiony, pomimo wielu moich niepowodzeń.
Skipper uśmiechnął się sarkastycznie.
– Tak jak ostatnim razem ?
Ja jedynie posłałem mu kwaśną minę.
– Szefie, uważam, że nie powinieneś być taki surowy dla Kowalskiego, on naprawdę się stara – stwierdził Szeregowy swoim ciepłym, lukrowanym głosem.
– Mały, naiwny Szeregowy, prawdopodobieństwo tego, że wynalazek Kowalskiego znowu nam tu czegoś nie wysadzi, jest jak jeden do miliona – wywnioskował .
– Pff, Szef jak zawsze taki sceptyczny. Ale jeszcze zobaczycie, tym razem jestem pewien, że mi się uda, a teraz przepraszam. Muszę udać się w teren, aby przetestować działanie mojego wynalazku. – Po tych słowach opuściłem nasza kryjówkę i skierowałem się w stronę parku.
– To jak, panowie i Marlenko ? – odparł Szef. – Może jakiś zakładzik ?

***

– Głupie, pozbawione inteligencji stworzenia – mruczałem do siebie. – Jeszcze im pokażę, na co mnie stać.
Od prawie godziny błądziłem po parku, sprawdzając jakie działanie ma na mnie nowe serum. Jako że w bazie nie mogłem liczyć na chwilę spokoju, postanowiłem, że przeprowadzę je tutaj.
– Godzina 13:01, bez zmian – zanotowałem.
Pomimo pięknej pogody i warunków sprzyjającym spacerom, okolica była opustoszała, po drodze spotkałem jedynie kilka osób. Zmęczony wędrówką, usiadłem pod jednym z drzew, kontynuując swoje zapiski. Nie zauważyłem nawet nadchodzącego zagrożenia.
– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – odparł nieznajomy głos. – Czy mogę się dołączyć ?
Podniosłem głowę. Nade mną stał brudny, wychudzony rottweiler.
– Jak na pingwina jesteś bardzo wątły – powiedział, podchodząc nieco bliżej. – Ale nie będę wybrzydzał.
Nerwowo przełknął. No pięknie Kowalski. Raz na rok postanawiasz wyjść sam na miasto i już pakujesz się w kłopoty.
– H-hej, co słychać ? – zająkałem się, zasłaniając twarz clipboardem. Czarny pies przycisnął mnie do drzewa łapą. Wycofałem się jeszcze bardziej, a przynajmniej próbowałem.
– Na drugi raz przyprowadź kolegów, jeden pingwin to marny posiłek. Poczułem jego cuchnący oddech na karku. Z przerażenia znieruchomiałem, zupełnie zapominając o tym, czego się nauczyłem. Zawsze działaliśmy w grupie, sam nie miałem żadnych szans. W ostatniej chwili zakryłem się skrzydłami, mocno zaciskając powieki. Jednak nic nie poczułem.
– Co jest ? – mruknąłem, otwierając oczy. Groźna bestia, która jeszcze przed chwilą chciała zrobić sobie ze mnie obiad, leżała teraz ogłuszona kilka metrów później. Podniosłem się gwałtownie, próbując złapać oddech.
– Ktoś t-tu jest ? – wydukałem, rozglądając się dookoła. Cisza, nikt mi nie odpowiedział. Nie chcąc ryzykować, wziąłęm teczkę i uciekłem. Jednak przez cały czas męczyło mnie jedno pytanie – kto mnie uratował ?

***

Do bazy wpadłem jak oparzony.Rozbieganym wzrokiem prześledziłem pomieszczenie, zatrzymując się ostatecznie na Szefie.
– Coś nie tak, Kowalski ? Wyglądacie jakbyście zobaczyli ducha.
Wziąłem głęboki oddech, powoli się uspokajając. – To nic takiego, proszę pana, testowałem moje serum – wymyśliłem na poczekaniu.
– To świetnie, żołnierzu. Tylko niczego nie wysadźcie – dodał.
Ja natomiast zamknąłem się w swoim laboratorium pod pozorem ważnych eksperymentów. Bezwładnie opadłem na fotel, przyglądając się Żelkowi pałaszującemu niedojedzone jabłko. Zaraz…
– Żelek, co ty tutaj robisz, powinieneś być w terrarium – powiedziałem, głaszcząc żelatynową masę. Stworek odpowiedział mi bliżej nieokreślonym odgłosem, przypominającym warkot. – Żelusiu, dobrze wiesz, że nie możesz jeść owoców – powiedziałem, odnosząc pupila na jego miejsce. – Jutro tatuś kupi ci pyszną bitą śmietanę.
Gdy Żeluś trafił już do swojej klatki, ja wziąłem się za sprzątanie biurka. Umyłem probówki, poukładałem zeszyty do pudełek. Co ciekawe, na jednym z nich znalazłem dziwną, sproszkowaną substancję, którą najprawdopodobniej był cukier.
– Mówiłem Szeregowemu, że nie słodzę herbaty – mruknąłem do siebie.
Kilka minut później, ktoś bezczelnie wtargnął do mojej oazy ciszy i spokoju.
– Kowalski, mamy mały problem – powiedział twardo Skipper.

C.D.N.

To by było na tyle. Już od dawna nie miałam żadnego bloga i nie pamiętam jak to jest dodawać opowiadania. Mam nadzieje, że chociaż jedna osoba to przeczyta :)

4 Komentarze

  1. Świetnie naśladujesz Kowalskiego. To od razu rzuca się w oczy.
    Fabuła jest dość intrygująca, z zaciekawieniem czekam na kolejne odsłony.
    Mam nadzieję, że będziesz miała wenę, by kontynuować pisanie.
    Znalazłam kilka drobnych literówek, ale to pewnie wynika z pośpiechu ;p
    Słowem czekam na więcej.

  2. Yay! Odkryłam nowy blog i to nie byle jaki! :D
    A więc stuku puku dzyń dzyń dzyń!
    Notka świetna, widzę że Kowalski odzyskał żelusia :)
    Serum jednak nie zadziałało xD
    Ciekawe kto go uratował. Może dziewczyna? ;)
    To ktoś z serialu? Weź podpowiedz Plis :D
    W każdym razie pisz dalej, bo świetnie ci to idzie.
    Będę tu wpadać codziennie i czekać na nowe notki :)
    A właśnie, kiedy nowy rozdział??
    Pozdrawiam i życzę worków weny
    Gabi
    Ps. Jeśli masz czas to zapraszam na mojego bloga :D
    http://opowiastki-pingwinyzmadagaskaru.blog.pl/

  3. Przeczytałam i jestem pod dużym wrażeniem. To opko jest całkowicie genialne! Należą się duże brawa!

  4. Biedny Kowalski. jakiś pies chciał go zjeść. Przez moment przypomniałam sobie odcinek, w którym Rico zjadł Kowalskiego :P.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.