Rozdział VI

Za którymś tam podejściem wreszcie udało mi się skończyć ten rozdział. Już myślałam, że nie dam rady. Jutro trzeba wstać i jechać na zajęcia ._. Zycie jest takie brutalne ! No ale nic, wystarczy biadolenia. Kowalski, opcje ! pytała mnie na jakim filmie byli nasi bohaterowie. Odpowiadam – na maratonie ;) Trochę tego, trochę tamtego, tak żeby każdy był zadowolony. Poza tym, na blogu mojej psiapsióły Angie pojawił się nowy wpis, więc serdecznie zapraszam KLIK. A teraz notka.

Rozdział VI

Złapałem ją najmocniej, jak tylko potrafiłem. Ona ani drgnęła. Sam zastygłem ze strachu. Trzymałem Olivię w ramionach, czekając aż gruzy budynku zawalą nam się na głowę. Jednak nie poczułem nic poza przyjemnym ciepłem i stojącym w opozycji, piekącym bólem w okolicy łopatek (Olivia o mało co nie powyrywała mi piór). Po dłuższej chwili otworzyłem oczy. Z łomoczącym sercem stwierdziłem, że nie zostałem nawet draśnięty. Nad nami unosiły się kłęby kurzu, utrudniającego widoczność. Powietrze delikatnie drżało, krajobraz był mglisty, jakby rozmazany. Spojrzałem na wystraszoną dziewczynę. Schowała głowę w mojej klatce piersiowej. Osoba stojąca za nami, zauważyłaby jedynie kilka ciemnych kosmyków. Miałem wrażenie, że trzymam małe dziecko.
– Olivia, spokojnie – powiedziałem powoli i wyraźnie,  gładząc jej plecy. Jej puls gwałtownie przyspieszył, a zdezorientowana szatynka nie miała odwagi, żeby wykonać jakikolwiek ruch.
– Już po wszystkim – szepnąłem, a ta uniosła nieco głowę.
– N-Nic panu nie jest ? – zapytała roztrzęsionym głosem, który był całkowicie uzasadniony w obecnej sytuacji. Skinąłem w odpowiedzi, uśmiechając się niepewnie. Olivia przytuliła się jeszcze mocniej i zaczęła głośno łkać.
– Ciii, nic się nie stało, nie płacz – odparłem, poklepując szatynkę. – Pójdziemy poszukać chłopaków, a potem zabiorę cię do zoo – dodałem zaskakująco spokojnie. Pingwinka pociągnęła nosem i pokiwała głową.
Ostrożnie ją podniosłem. Była naprawdę lekka, nawet trochę za bardzo. Zrobiłem kilka pewnych kroków do przodu, kiedy uderzyłem o coś i o mało co nie wylądowałem w wyjściowej pozycji. Zamrugałem kilka razy, jakbym dopiero co wybudził się z głębokiego snu.
– Co jest ? – mruknąłem, zastanawiając się, czy o coś nie zahaczyłem.
– C-co się stało ?  - zapytała Olivia, co było miłą odmianą po dłuższej chwili milczenia.
– Nic… chyba.
– Szefie, ja sama pójdę – powiedziała zażenowana swoim zachowaniem.
– Naturalnie. – Postawiłem dziewczynę na ziemi, a ona schowała się za moimi plecami.
Dotknąłem tego, co brałem za pole siłowe, jednak zdarzenia z ostatniego miesiąca, dawały mi do myślenia. Czy ktoś się na mnie uwziął, chciał się zemścić ?
– Proszę pana ? Co to jest ?
Przejechałem skrzydłem po niewidzialnej kopule, żeby móc określić jego kształt. Był owalny i mniej więcej mojego wzrostu. Nie mogłem zrozumieć, co ze mną się działo, czy ktoś specjalnie zastawiał na mnie pułapki ? A może byłem opętany przez demony ? Cóż, z naukowego punktu widzenia, brzmiało to dość niedorzecznie, jednak sam już nie wiedziałem w co mam wierzyć.
– Olivio, odsuń się – odrzekłem poważnie.
Przejęta dziewczyna wycofała się, patrząc na mnie zmieszanym wzrokiem.
Wziąłem dłuższy rozbieg i z całym impetem uderzyłem o ścianę. Ta nagle zniknęła, a ja wylądowałem na stosie kamieni, desek i innych pozostałości po kamienicy.
– Kapitanie ! – krzyknęła. Dziewczyna podbiegła do mnie i przykucnęła obok. Jęknąłem cicho, przekręcając się na drugi bok.
– Co pan wyprawia ? Chce pan zrobić sobie krzywdę ?
Coś przeskoczyło mi w nodze i bolało jak diabli. Mimo tego wstałem i z kamienną miną pokuśtykałem przed siebie. Co się działo ? Nie było tygodnia, w którym nie miałbym wypadku. Ktoś próbował zrobić mi głupi kawał ? Wytworzenie pola siłowego nie było niczym szczególnym, żółtodziób mógł je stworzyć.
Myślałem, komu mogłem narazić się w przeszłości. W sumie nie miałem żadnego arcywroga. Bulgot ? Parker ? To nie trzymało się kupy.
– Pomogę – oznajmiła zielonooka, biorąc mnie pod  ramię. Pokręciłem głową.
– Ktoś celowo próbuje utrudnić moje życie – powiedziałem. – Ostatnio zaatakowała mnie woda w kranie.
Dziewczyna, nie wiedząc, co zrobić, tylko się uśmiechnęła.
– To zapewne zwykła awaria – pocieszyła mnie sympatyczna szatynka. Lubiłem, gdy była taka miła. Ona jedyna.
– To nie mógł być przypadek, ona, ona ode mnie… uciekała… – Zacisnąłem skrzydła w pięści (o ile było to anatomicznie możliwe). Chwilami miałem wrażenie, że nic z tym nie zdołam zrobić i do końca będę żyć w strachu.
- Co ja mam zrobić ? – Głos mi zadrżał, a w gardle stanęła gula. – Ludzie zaczną brać mnie za psychicznie chorego. - Olivka spojrzała na mnie ze współczuciem.
– Kapitanie, na pewno jest jakieś logiczne wytłumaczenie. Ludzie płaczą krwią, a nauka znajduje na to odpowiedź.
– Szkoda tylko, że ja jej nie znam…
– Możemy iść do biblioteki, tam i tak nie ma kamer. Popatrzymy, poczytamy. Będzie dobrze.
Dlaczego ona jest tak optymistyczna ? Nie rozumiałem ludzi, którzy we wszystkim znajdowali jakieś plusy. To bardzo dziecinne podejście. Jednak czasami było zaraźliwe i dodawało mi otuchy. Tak samo jak teraz.
– Skoro tak mówisz. – Nieco sceptycznie nastawiony postanowiłem spróbować. Po przemyśleniu sprawy, doszedłem do wniosku, że i tak nie mam niczego do stracenia. Co najwyżej zbiję kolejne lustro.

***

Od prawie godziny kręciliśmy się po parku bezskutecznie próbując znaleźć chłopaków. Olivia zaczęła popadać w paranoję, jednak ja wiedziałem, że na otwartej przestrzeni, gdzie znajdowało się zaledwie kilka drzew, wyszkolone pingwiny powinny dać sobie radę
– Maks, ty kretynie, zabiję cię, jeśli coś ci się stało. – Kadetka wycierała zapłakane oczy, gdy ja przeszukiwałem wschodnią część parku. Odetchnąłem z ulgą, gdy w jednej z alejek ujrzałem Svena pomagającego mieszkańcom. Parę metrów dalej, Maks prowadził rodzeństwo szopów praczów, które zapewne zgubiły swoją mamę.
– Olivio, są tutaj – powiedziałem, a ona pobiegła w ich stronę. Przez chwilę wyzywała ich od głupków i kretynów, ale szybko zmiękła i przytuliła młodszego Maksa, który był jak jej mały braciszek.
– Dobrze, że jesteście, ktoś musi pomóc posprzątać bazę, wszystko jest powywracane do góry nogami – powiedziałem, lecz myślami byłem w całkiem innym miejscu.
– Sven i tak przez cały czas się lenił, gdy ja ciężko pracowałem – wymądrzał się Maksymilian, a starszy kolega skarcił go spojrzeniem.
– Sven, zostaniesz tutaj i pomożesz, a reszta wraca ze mną – oznajmiłem chłodno.
– Ale dlaczego ja ? – marudził.
– Bo nie chcemy tu kolejnych szkód.

***

W trójkę zajęliśmy się uporządkowaniem wszystkich pomieszczeń. Wyglądały naprawdę nieciekawie, co najmniej połowa rzeczy nadawała się do wyrzucenia. Na samym końcu zająłem się gabinetem. Zdjęcie, które ze sobą przywiozłem, leżało roztrzaskane na podłodze. Podniosłem je i przypiąłem fotografię na tablicy korkowej.
– Więc to jest twoja drużyna. – W pokoju pojawił się nieproszony gość, którym był Sven.
Westchnąłem, wlepiając oczy w moją byłą drużynę. Dlaczego akurat musiano wybrać mnie, a nie jakiegoś innego pingwina? Mało to takich?
– Tak, to oni – potwierdziłem. – Dam sobie radę sam, nie musisz mi pomagać.
Usłyszałem aroganckie prychnięcie.
– Wcale nie miałem zamiaru ci pomagać – burknął. Nic dziwnego, że nie mogliśmy się dogadać, to zwykły dupek.
– Daj spokój Olivii, nie pozwolę na to, żeby kolejny frajer zniszczył jej życie.
Że co proszę ? Ja i Olivia ? Przecież nawet nie jesteśmy parą. W dodatku on mi chyba groził. Czy to jest karalne ?
– Wybacz, ale nie wiem, o czym ty mówisz. To tylko moja przełożona – oznajmiłem, próbując go ignorować. Podniosłem z podłogi kilka książek i ułożyłem starannie na półce.
– Wy wszyscy tak mówicie. Później to my musimy ją pocieszać – ciągnął dalej, nie spuszczając ze mnie wzroku. Do tej pory sądziłem, że niezbyt interesują go losy drużyny, ale najwyraźniej myliłem się na całej linii.
– Posłuchaj mnie, Sven. Olivia to moja koleżanka, nie podoba mi się, rozumiesz ? A teraz wyjdź, jestem zajęty – rozkazałem, odwracając się do niego plecami.
Pingwin niechętnie wykonał moje polecenie.
– Nie myśl sobie, że ci daruję – oświadczył, łapiąc za klamkę. – Ty kapitanie od siedmiu boleści – powiedział nieco ciszej. Wzrok może i mnie chwilami zawodził, ale słuch miałem doskonały. Rzuciłem się na tego typa, nie zwracając uwagi na zranioną nogę. Przeturlaliśmy się po podłodze, doskakując sobie do gardeł jak wściekłe psy. Nigdy nie byłem, aż tak impulsywny. Gdyby nie Olivia, która usłyszała naszą kłótnię, zapewne doszłoby do drastyczniejszych rękoczynów.
– Co wy robicie ?! – krzyknęła, łapiąc Svena za ramiona. Nic, zero. W ogóle do nas nie docierało. Ola spróbowała ponownie i ponownie. Nikt z nas nie chciał być tym słabszym, który ulegnie.Ta w ostateczności potraktowała nas gazem pieprzowym, co było szybkim i zaskakująco skutecznym sposobem.

***

- Co wam odbiło, żeby tłuc się jak jakieś szczeniaki ? – zganiła mnie, gdy przemywałem pieczącą twarz. W moim oku było widać każdą przekrwioną żyłkę, przez co wyglądałem jak narkoman po przejściach. Dziewczyna obłożyła moją spuchniętą nogę, a ja poczułem się naprawdę głupio. Miała rację, zachowałem się bardzo niedojrzale. Nie tak rozwiązuje się problemy w zespole.
– Przepraszam, poniosło mnie – odpowiedziałem. – Mam nadzieję, że nie będziesz długo się gniewać.
Szatynka westchnęła cicho, robiąc to dokładnie jak moja mama, gdy coś przeskrobałem.
– Nie jestem zła, tylko rozczarowana – mruknęła. – Wie pan, może jutro pójdziemy do biblioteki, nie wygląda pan najlepiej – dodała.
– Nie, czuję się dobrze, wezmę tylko notatnik. – Byłem zmęczony, ale miewałem już gorsze sytuacje od tej.
Dziewczyna skinęła.
- No dobrze, poczekam na pana na zewnątrz.
Kilka minut później byłem już gotowy. Wziąłem ze sobą ukochany clipboard i ruszyłem na spotkanie z Ivią. Dziewczyna stała przy ogrodzeniu. Była ubrana w różową bluzę z kapturem. Pomachała mi.
– To gdzie jest ta biblioteka ? – zapytałem, gdy mijaliśmy główne wejście.
– Po drugiej stronie – wskazała, zajęta poprawianiem swoich misternie zaplecionych włosów. Kobiety, one zawsze musiały się stroić.
Do środka dostaliśmy się bez problemu, takie małe biblioteki jak ta nie były zbyt dobrze zabezpieczone. Uzbrojeni w dwie latarki, spacerowaliśmy pomiędzy regałami.
– Czego dokładnie szukamy ? – Pomimo mojego wybitnego umysłu, nie miałem pojęcia od czego zacząć. Wątpiłem, żeby fizyka czy chemia mogła mi jakoś w tym pomóc.
– Tak właściwie, to myślałam już o jednej pozycji – odpowiedziała, szukając wybranego wcześniej działu. Przeszła wzdłuż alejki, rozglądając się za jakimiś pozycjami, które byłyby adekwatne do jej przypuszczeń. Chwilę później wróciła z obszerną książką. Przeczytałem wyblakły napis na okładce.
– Co to ma być, jakieś science fiction ? – chlapnąłem bez namysłu, a ta zrobiła obrażoną minę.
– Przecież sam pan opowiadał mi o uciekającej wodzie, poza tym to pole siłowe również było podejrzane – dodała, kładąc książkę na stole. – To na pewno był pan, w jaki inny sposób da się to wytłumaczyć ? – tym razem Olivia nie zamierzała zasłaniać się nauką, powiedziała to, co naprawdę miała na myśli.
Dziewczyna kartkowała obszerną lekturę, szukając czegoś pożytecznego.
– Olivio, to niedorzeczne – zaprzeczałem, ale ta brnęła dalej.
– A może to telekineza ? Zdolność poruszania przedmiotami ?
Zaśmiałem się głośno. Cóż za brednie.
– Niech pan przestanie – zdenerwowała się. – Proszę przesunąć ten długopis – poleciła, kładąc przedmiot tuż przede mną. Prawda, działy się ze mną dziwne rzeczy, ale nie aż tak, żeby podciągać je pod jakieś para-brednie. Uniosłem brew, żeby dać jej do zrozumienia, że jej starania nie przyniosą żadnego efektu.
– To bezsensu, poszukajmy czegoś innego – zanegowałem jej teorię, kiedy spoczywający obok mnie długopis sturlał się po stole i uderzył w drewniany parkiet. W tle rozniosło się echo, a ja wpatrywałem się w miejsce, gdzie przed chwilą znajdował się przedmiot.
– Jejku, to takie niesamowite ! – szatynka zaczęła piszczeć, gdy pierwszy szok już minął.
– A-Ale… to zaprzecza wszystkiemu, w co wierzyłem – wymamrotałem, z taką bezsilnością w głosie. Nauko, dlaczego mnie zawiodłaś ?

C.D.N.

Rozdział V

 all-hail-king-julien-07

Witam was moi drodzy. Co u Was słychać ? Jutro koniec długiego weekendu, a więc trzeba jakoś wykorzystać te resztki wolny czas i zrobić coś pożytecznego (ja napisałam rozdział i zjadłam twarożek wiejski :D). Bardzo dziękuję za komentarze pod ostatnią notką, to wiele dla mnie znaczy. Kowalski, opcje !, chętnie przeczytam twoje opowiadanko, przepraszam cię za moje głupie myślenie :/ Szczerze, to nie wiem czy ty wiesz, ale jestem tą samą Katie z forum ;p

Propo opka. Mam nadzieję, że nie będą to takie flaki z olejem, jak ostatnio i dacie radę doczytać do końca :) Wtrącę jeszcze, że screen, który umieściłam powyżej, pochodzi z nowego serialu Netflixa pt. „All Hail King Julien”. Pierwsze odcinki wejdą w grudniu, czego ja już nie mogę się doczekać. Piszcie w komentarzach co sądzicie na ten temat, a teraz zapraszam na nowy rozdział.

Rozdział V

- Jeszcze nigdy nie byłam w kinie – ekscytowała się Olivia. W jednym skrzydle trzymała kubełek maślanego popcornu, w drugim dietetyczną colę, a pod pachą niosła paczkę chrupek.

Nie wiedząc za bardzo jak zintegrować się z drużyną, postanowiłem, że zabiorę ich na plenerowy seans filmowy, który odbywał się nieopodal zoo. Sven był sceptycznie nastawiony, jednak Maks i Olivia cieszyli się jak małe dzieci. Poprzedni szef szczędził im takich rozrywek. Skipper wprawdzie był surowy, ale pozwalał nam na to i owo. Szkoda, że go tu nie było…

Sven przewrócił oczami.

- Ja nadal uważam, że to kiepski pomysł, a co jeśli ktoś nas zauważy ?

Poniekąd rozumiałem jego obawy, na początku też bałem się, że ludzie mogą dowiedzieć się o naszym sekrecie. Jako bardziej doświadczony mogłem powiedzieć, że to minie z czasem.

- Ludzie nie są aż tak spostrzegawczy, jak ci się wydaje – zauważyłem, ale on wyglądał na jeszcze bardziej rozdrażnionego.

- Ola, zobacz jaki wielki ekran! – zawołał Maks, wlepiając wzrok w czarne tworzywo, na którym miał zostać wyemitowany film.

Z tego co wiedziałem, Olivia mieszkała w Stanach od niespełna roku, a Maksymilian zaledwie kilka miesięcy. Całe swoje życie spędzili z dala od wielkich miast i wieżowców, technologia nie była im dobrze znana. W nieco lepszym położeniu był najstarszy Sven. Urodził się i wychował w niewoli, zdążył przywyknąć.

- Ten duży kasztan idealnie nada się na kryjówkę, w jego bujnej koronie będziemy mogli obejrzeć seans od początku do końca, bez żadnych przykrych niespodzianek. – Dziewczyna wskazała na wiekowe drzewo, pod którym leżało już kilka zielonych łupinek.

- A może upieczemy je sobie, gdy wrócimy do domku ? – zapytała, a w jej oczach pojawiły się iskierki. Jesień przypominała jej dzieciństwo i czasy, gdy budowała z rówieśnikami ludziki z zapałek.

Na samo wspomnienie o jedzeniu, Sven momentalnie musiał się wtrącić, żeby dać niedoświadczonemu żółtodziobowi kilka cennych rad w kwestii kulinarnej.

- Bardzo mi przykro, moja droga, ale to nie są jadalne kasztany, więc nie radziłbym ci ich próbować – wymądrzał się, co uraziło wrażliwą dziewczynę.

- Tak się składa, że kasztan i kasztanowiec zwyczajny to dwie różne rośliny – dodał i gdyby nie surowe spojrzenie szatynki, zapewne kontynuowałby aż do rozpoczęcia maratonu.

- To, że nie jestem najlepsza w kuchni, nie jest równoznaczne z głupotą. Od tego patrzenia na wszystkich z góry niedługo wyrośnie ci garb – fuknęła.

Maks zachichotał.

- Tak nie podrywa się lasek – powiedział i poklepał wyższego o głowę Svena, jakby był jego młodszym braciszkiem. – Oj, nie ładnie, stary, nie ładnie.

Uśmiechnąłem się do siebie. W gruncie rzeczy, oni nie byli wcale tacy źli. Być może to tylko ja zbyt poważnie podchodziłem do sprawy. Pomyślałem o tym, jak bardzo niski w stosunku był Skipper, a jakim ogromnym respektem darzyłem jego osobę. To zapewne kwestia mojej czysto naukowej psychiki, która nie potrafiła przełączyć się na nowy tryb szefowania.

- No dobrze, drużyno, zostało nam jeszcze 25 minut, za chwilę zjawi się tu tłum ludzi, sugeruję, żeby zająć miejsca.

Po chwili siedzieliśmy na grubszym konarze kasztana. Atmosfera zdawała się być dość luźna, ludzie rozmawiali, kupowali przekąski, szukali wolnych krzeseł. Sielankowy widok. Mnie nadal coś gryzło, ten dziwny niepokój, uczucie, że zaraz wydarzy się coś złego. Jak bardzo bym nie pragnął, nie potrafiłem się zrelaksować.

Nadeszła godzina 20. Okolica była ciemna niczym czarna kawa szefa, co miało zastępować przyciemnioną salę kinową.

- Weź się zamknij, Maks, już się zaczęło – mruknęła komandoska, a na widok pingwina pałaszującego jej prowiant, o mało co nie zagotowała się ze złości. – Przestań wszystko wyżerać, to miało nam starczyć do końca.

- Będzie przerwa, to ci przyniosę – odpowiedział, nie przestając jeść chrupek cebulowych.

***

Półtora godziny później, w czasie 20-minutowej przerwy, ja i Olivia udaliśmy się do bazy po przekąski, których już na początku brakowało.

- Bardzo panu dziękuję, że pan ze mną poszedł, głupio to zabrzmi, ale boję się ciemności – wyznała pingwinka, tym razem niosąc kilka paczek chipsów i prażynek naraz.

Uśmiechnąłem się do niej ciepło.

- To naturalne, że się boimy, nie ma ludzi nieustraszonych – odparłem, jednak na jej twarzy nadal malowało się zwątpienie.

- Nie sądzę. Dla naszego byłego kapitana nie było rzeczy przerażających i mrożących krew w żyłach – opowiadała. – Raz, gdy nie chciałam spać bez lampki nocnej, skonfiskował mój ukochany aparat i zagroził, że już więcej go nie zobaczę.

Zwyczajnie zrobiło mi się jej żal. Jako jedyna z całego oddziału naprawdę mnie szanowała i starała zrozumieć. Przynajmniej wiem dlaczego nie przepadała za swoim poprzednim przywódcą.

- Szefowie już tacy są, kreują się na wszechwiedzących herosów, osoby nie posiadające żadnych ograniczeń, a gdy stają twarzą w twarz ze swoim strachem, są bezsilni.

Wyraźnie dodałem jej otuchy. Kąciki jej dzioba drgnęły ku górze, a twarz przybrała łagodniejszego wyrazu.

- Mój szef cierpi na aichmofobię – przytoczyłem przykład.

Ivi parsknęła.

- Nigdy nie zrozumiem, dlaczego ludzie boją się małej igiełki.

- Ja tym bardziej.

Dalszą część drogi umiliła nam rozmowa o naszych dowódcach. O tym jak Skipper myślał, że jest kobietą, zamienił się w dziecko i nie mógł wydostać z wybiegu kangura. Szliśmy wąską uliczką wychodzącą na park miejski, kiedy coś podejrzanego zwróciło moją uwagę. Przystanąłem, nasłuchując.

- Ma pan bardzo ciekawe życie, kapitanie – mówiła dalej. Gestem uciszyłem dziewczynę.

- Coś się stało ? – zapytała po chwili zwątpienia.

- Czujesz to ? – wolnym skrzydłem wskazałem na kilka odłamków szkła, które lekko drżały. Wstrząsy z każdą chwilą przybierały na sile. Solidne, majestatyczne domy starej kamienicy zachybotały się jak domki z kart.

Usłyszałem krzyk Olivii, która straciła równowagę i przewróciła się na chodnik.

- Uważaj ! – Bez chwili zastanowienia złapałem dziewczynę i przyciągnąłem w swoją stronę, zanim zdążyło spaść na nią kilka donic z kwiatami. Kadetka instynktownie złapała się mojego ramienia i przysunęła nogi bliżej siebie.

- Wstawaj, zaraz coś się na nas zawali ! – Podałem jej skrzydło. Budynki stały blisko siebie, nie mieliśmy gdzie się schować, jakimś cudem nic nas jeszcze nie przygniotło.

To dziwne uczucie, które nękało mnie w parku miało rację. Intrygowało mnie to, skąd moje ciało mogło o tym wiedzieć ? Czy to coś w rodzaju meteopatii ? Zmiana samopoczucia przewidująca takie zjawiska jak deszcz ?

Zamyśliłem się jednak w całkowicie nieodpowiednim momencie.

- Dom ! – usłyszałem wrzask dziewczyny. Serce zabiło mi szybciej, a ja po raz pierwszy (właściwie to po raz drugi), na chwilę przestałem analizować i kalkulować. Mocno objąłem drobną szatynkę i padłem na ziemię.

C.D.N.

Rozdział IV

Rozdział IV

Obudziłem się jakiś czas później, za sprawą wybojów na drodze. Na zewnątrz było już zupełnie ciemno, a zachmurzone niebo przykrywało wszystkie gwiazdy. Szkoda, że nie miałem zegarka, przynajmniej wiedziałbym, ile trwała moja drzemka. Jakieś pół godziny później, auto zatrzymało się, a dwójka pingwinów zaprowadziła mnie do podziemnego tunelu, którym to miałem udać się do nowego siedliska.

- Proszę, to pański identyfikator, pozwoli na bezpieczne podróżowanie – powiedział wyższy z nich i podał mi niebieską kartę. – Po lewej stronie znajduje się wejście numer 54, wychodzi bezpośrednio na wybieg pingwinów. Powodzenia – dodał, po czym dwójka odeszła, a ja musiałem radzić sobie sam. Skierowałem się więc tam, gdzie mi wskazano. Otworzyłem drzwi do jakiegoś ciemnego pomieszczenia. Poziom zabezpieczeń w Waszyngtonie był o wiele bardziej zaawansowany, niż ten w Nowym Jorku, jednak już tęskniłem za uszkodzonym alarmem w Central Parku.

- Dobry wieczór ? – mruknąłem zdecydowanie za cicho, żeby ktokolwiek mógł mnie usłyszeć.

Zrobiłem kilka kroków do przodu. Rozejrzałem się. W rogu ujrzałem mały stolik, a pod nim pudełko po dużej pizzy. Reszta przestrzeni była niewidoczna, bowiem tylko tam docierało światło, dostające się przez okno.

- Sven, przestań hałasować – burknął zaspany, kobiecy głos. Domyśliłem się, że należał do Olivii.

Po omacku podszedłem do ich pryczy, po czym odchrząknąłem.

- Wybaczcie, że nękam was o tak późnej porze, ale chciałbym, żeby ktoś wstał i zapalił światło. Nie mogę znaleźć przełącznika – powiedziałem wyjątkowo płynnie, pomimo zdenerwowania. Trójka kadetów gwałtownie poderwała się z prycz, a ja w jednej sekundzie znalazłem się na podłodze.

- Kim jesteś ? – usłyszałem któregoś z panów. – Ivi, co jest z tym światłem ?

Jeden z pingwinów włączył latarkę i skierował ją prosto na moje oczy. Zamknąłem je mocno i gwałtownie.

- Spokojnie, nie jestem szpiegiem, przysłano mnie tutaj, abym zajął miejsce waszego byłego dowódcy – wytłumaczyłem na jednym tchu. Wysoki pingwin o piwnych oczach puścił mnie, a ja głęboko odetchnąłem.

- Miał pan być dopiero jutro – odezwała się dziewczyna, a kilka jarzeniówek rozbłysło jasnym światłem.

Wstałem z podłogi i dokładnie prześledziłem bazę. Była niewielka, schludna i skromna, podobna do tej nowojorskiej. Po prawej stronie znajdował się kącik kuchenny, tuż obok niewielki stół z czterema czarnymi pufami obitymi materiałem. Na przeciwko wisiał nowoczesny telewizor, kilka obrazów, a na półkach walały się bibeloty. Doszedłem do wniosku, że wszystkie siedziby były urządzone w podobny sposób.

- Bardzo mi przykro, ale ja sam dowiedziałem się o moim awansie zaledwie kilkanaście godzin temu – wytłumaczyłem. – Gdzie mógłbym położyć swoje rzeczy ?

Po chwili ciszy jeden z chłopców wskazał mi wolny pokój.

- W razie problemów, jesteśmy do pańskiej dyspozycji – odparł dość oficjalnie. – Bardzo przepraszamy za zaistniałą sytuację,  wzięliśmy kapitana za intruza, proszę nam wybaczyć.

Poczułem się nieswojo. Nikt nie traktował mnie z takim szacunkiem, zwłaszcza nieznajomi. Chcąc uniknąć dalszej rozmowy, odpowiedziałem szybkie „dziękuje” i zamknąłem za sobą drzwi.

Ufff, jak to dobrze, że chociaż przez chwilę mogę być sam. Spojrzałem na pusty pokój. Nie znalazłem tu nic innego, poza biurkiem, krzesłem obrotowym i łóżkiem. Usiadłem na materacu i zacząłem wypakowywać swój skromny ekwipunek. W szufladach pochowałem przybory, ulubiony clipboard, ładowarkę do smartfona i kilka innych drobiazgów. Z przegródki walizki wyciągnąłem ramkę ze zdjęciem, przedstawiającym mnie, Skippera, Szeregowego i Rico. Uśmiechnąłem się smutno, stawiając je na blacie. Najprawdopodobniej w najbliższym czasie nie będę mieć czasu, żeby się z nimi skontaktować. Teraz pewnie jeszcze smacznie śpią, jest trzecia nad ranem. Dopiero za kilka godzin Szef wypije swoją ulubioną czarną kawę, Rico przygotuje śniadanie, a Szeregowy obejrzy powtórkę odcinka Słodkorożców. Hmm… A ja ? Zazwyczaj drzemałem z liczydłem w skrzydle, pod nosem powtarzając skomplikowane równania matematyczne. Jednak dzisiejszego dnia to wszystko miało się zmienić. Ja jako przywódca nie będę już tą samą osobą. Położyłem głowę na zagłówku. Znów dopadła mnie ta przeklęta migrena. Wyciągnąłem tabletki przeciwbólowe i wziąłem jedną. Pomimo sporej dawki snu, nadal byłem zmęczony. Nawet nie zauważyłem, kiedy odpłynąłem…

***

- On jest jakiś dziwny – stwierdził Sven, przygotowując rybne omlety następnego ranka. Był postawnym mężczyzną, z bujną grzywą i niebieskimi tęczówkami. Obok niego siedziała niska, zielonooka szatynka i wyjątkowo przystojny brunet, którym był Maks. Jak każdego poranka zbierali się w kuchni przy wspólnym posiłku, ja natomiast byłem jeszcze pogrążony w głębokim śnie.

- Jak dla mnie jest całkiem normalny – zaprzeczyła dziewczyna, nakrywając do stołu. – Na pewno nie dorówna kapitanowi, jednak nie może być aż taki zły, może jedynie zagubiony – broniła mnie, co było całkiem miłe z jej strony.

Maksymilian parsknął śmiechem.

- Nie mam pojęcia, kto go wybrał, ale nie wygląda na kogoś, kto potrafi dowodzić innymi, łatwo będzie nim manipulować.

- Przypominam ci, że już dostałeś jedno upomnienie, jak będziesz go gnoić, to w końcu wylecisz – zauważył Sven, wyciskając świeży sok z pomarańczy. – Jest wyżej postawiony.

Olivka zamrugała niewinnie swoimi bajecznie długimi rzęsami.

- Chłopcy, nie kłóćcie się z samego rana – prosiła.- Jesteśmy drużyną, jakoś sobie poradzimy.

Trójka usiadła przy stole i zaczęła posiłek, gdy ja opuściłem swój gabinet, nie do końca wiedząc, co się ze mną dzieje, nadal byłem nieco zaspany.

- Dzień dobry – przywitałem się.

Drużyna przerwała śniadanie.

- Dzień dobry, kapitanie – odpowiedzieli jednogłośnie, co brzmiało dość dziwnie. Zauważyłem czwartą porcję, która zapewne czekała na mnie. Siedzieliśmy w zupełnej ciszy, nikt nie ośmielił się odezwać. Po skończonym posiłku, Olivia zabrała się za zmywanie, a pozostała dwójka wyszła na zewnątrz.

- Pomogę ci – zaproponowałem, mając nadzieję, że w jakiś sposób zdobędę jej zaufanie.

- Nie trzeba, dzisiaj jest moja kolej – powiedziała, układając talerze na suszarce. Ja bez słowa wziąłem ręcznik i zacząłem wycierać szklanki.

- Słuchaj, wiem, że nie jesteście zadowoleni, ale muszę zastąpić waszego byłego dowódcę, inaczej rozdzieliliby was do odrębnych zespołów – zauważyłem. Dziewczyna poprawiła grzywkę.

- Proszę wybaczyć chłopcom, trudno znoszą tę sytuację – usprawiedliwiała ich.

Uśmiechnąłem się smutno. Ja również nie mogłem przywyknąć. Dobrze wiedziałem, jak musieli teraz się czuć.

- Nic nie szkodzi, Olivio, na pewno się jakoś dogadamy. Przekaż kolegom, że dzisiaj mają dzień wolny, ja sam muszę dojść do siebie.

Pingwinka skinęła.

- Oczywiście, że im przekażę kapitanie.

Szybko dokończyłem układanie naczyń, następnie wziąłem ręcznik, żeby się odświeżyć.

***

Jak na razie wszystko szło zgodnie z planem. Żadnych samoistnych ruchów strumienia wody, znikających przedmiotów, czy innych dziwnych zjawisk. Przez chwilę poczułem się spokojniej. Sięgnąłem po butelkę z moim ulubionym płynem arbuzowym (nie przepadałem za typowo męskimi zapachami). Ku mojemu zadowoleniu, była na swoim miejscu. Wylałem odrobinę na skrzydła, nucąc jakiś popowy kawałek, gdy nagle usłyszałem trzask. Serce o mało co nie wyskoczyło mi z piersi. Jak się okazało, to tylko szampon zsunął się z krzywej półki i spadł na podłogę. Kontynuowałem więc kąpiel, starając nie wpaść w paranoję. Na dodatek leki przeciwbólowe przestawały działać. Głupia głowa…

Owinąłem ręcznik na biodrach i udałem się w stronę apteczki, gdzie schowałem swoje pigułki. W szklanych drzwiczkach szafki ujrzałem zmizerniałe odbicie pingwina, o niewyraźnym wyrazie twarzy i napuchniętych oczach.

- Wyglądasz gorzej niż pierwszy lepszy szeregowiec – skarciłem samego siebie, sięgając do klamki.

W jednym momencie szkło roztrzaskało się na tysiące drobnych elementów, pokrywając całe pomieszczenie w ostrych kawałkach. Upadłem na podłogę, wydając z siebie stłumiony krzyk. Co się ze mną działo ? Byłem przerażony, szok spowodował, że nawet nie poczułem bólu, gdy parę odłamków wbiło się w moje ciało.

- Kapitanie, co się dzieje ?! – usłyszałem przerażony głos Olivii. Przez chwilę nie mogłem nic z siebie wydusić, co spowodowało u niej dodatkowe napięcie.

- J-ja się poślizgnąłem… – wydukałem, patrząc na drzwiczki, w których jeszcze niedawno było wprawione lustro. Dziewczyna wykorzystała fakt, że zamek w drzwiach był uszkodzony i w prosty sposób dostała się do środka. W jej zielonych oczach malował się strach.

- Pan jest ranny ! – zawołała, natychmiast podbiegając do mnie. Kompletnie nie przejęła się tym, że zniszczyłem jedyne zwierciadło w bazie.

- Proszę pokazać mi to skrzydło – niemalże rozkazała, ujmując je delikatnie. – Rany nie są głębokie, ale będę musiała je zdezynfekować i opatrzeć – powiedziała,  wyjmując kawałki. – Proszę wstać, ostrożnie.

Ja posłusznie wykonałem jej polecenie, nie mogąc przestać myśleć o tym, co właśnie się stało. Kadetka zaprowadziła mnie do salonu, starannie odkaziła moje skrzydło i opatrzyła je w śnieżno-białe bandaże. Następnie zabrała się za sprzątanie łazienki.

- Olivio, bardzo przepraszam, nie powinienem myśleć o niebieskich migdałach – odezwałem się dopiero po kilku minutach, gdy ta zdążyła odkurzyć już całe pomieszczenie. – Lustro odkupię…

Szatynka pokręciła przecząco głową.

- Wypadki chodzą po ludziach, ważne, że panu nic się nie stało. Na drugi raz proszę bardziej uważać.

- Ivi, co ty robisz ? – do bazy wrócił Maks. – Myślałem, że w tym tygodniu to ja mam sprzątać – dodał, na widok odkurzacza.

- Tak bardzo cię kocham, że postanowiłam cię wyręczyć – odpowiedziała zaczepnie, wstawiając urządzenie do schowka. – Poza tym mówiłam, żebyś naprawił drzwiczki od apteczki, przez twoje lenistwo o mało co nie straciliśmy kolejnego szefa – skarciła go, już o wiele poważniej. Maks dopiero po chwili połączył fakty i zrozumiał co się stało.

- Sorry, jutro się tym zajmę, słowo harcerza.

Olivia przewróciła oczami. – Nie jesteś harcerzem, ty kłamco.

C.D.N.

Biedny Kowalski, nic nie idzie po jego myśli. Waszym zdaniem uda mu się zrehabilitować i zdobyć zaufanie nowej drużyny ? Odpowiedzi na to pytanie oczekujcie w piątym rozdziale :)

Jak na razie pozdrawiam i do następnego,

Katie :>

Rozdział III

Hej, właśnie skończyłam pisać kolejny rozdział. Moim zdaniem nie jest zbytnio ekscytujący (czyt. jest nudny), ale to taki przedsmak kolejnej części :) Bardzo dziękuję Wam za komentarze, a teraz zapraszam do lektury.

Rozdział III

 - Szefie, coś się stało ? – zapytałem, gdy ten prowadził mnie w stronę wyjścia. Po jego minie wywnioskowałem, że coś jest nie tak.

- Ktoś chciałby cię zobaczyć – odpowiedział po chwili, a na jego twarzy pojawił się dziwny grymas. Nie wiedziałem, o co tak naprawdę mu chodzi. Był jakiś dziwny, jakby coś go trapiło. Po chwili staliśmy już na sztucznej, betonowej krze. Mieliśmy bardzo ładną pogodę, jak na ten miesiąc. Słońce świeciło intensywnie, przez co musiałem mrużyć oczy.

- Poruczniku Kowalski, dobrze was widzieć – usłyszałem nieznany mi głos.

- My się znamy ? – zapytałem, obracając się. Umilkłem, gdy zobaczyłem do kogo mówiłem. – Generale… – mruknąłem, a pod moimi piórami pojawił się krwisty rumieniec. Stałem w miejscu, zastanawiając się, jak naprawić swój błąd, ale on widocznie nie zwrócił na to uwagi.

- Gratuluję – odparł i uścisnął moje skrzydło. Spojrzałem na niego pytającym wzrokiem.

- Przepraszam proszę pana, ale chyba nie do końca wiem, czym sobie na to zasłużyłem. – Ten uśmiechnął się pogodnie.

- Jeden z zespołów pilnie potrzebuje nowego dowódcy, a wy, Kowalski, świetnie się do tego nadajecie – wyjaśnił, jakby to była najzwyklejsza rzecz na ziemi. – Tak więc gratuluje poruczniku. A po chwili dodał – Tak właściwie, to kapitanie.

- Szefie, co się dzieje ? – zapytał zaspany Szeregowy, który uciął sobie krótką drzemkę. Za nim wyszedł Rico, równie zdezorientowany co jego kolega. Skipper wziął głęboki oddech.

- Panowie – zaczął melancholijnym głosem. – Nasz kolega Kowalski, właśnie awansował na stanowisko kapitana – powiedział.  Wyraźnie zszokowane pingwiny spojrzały się na niego, a następnie na mnie.

- Generale, ale ja nie mogę się na to zgodzić. -Ten jednak odpowiedział już nieco surowiej:

- Nie chcę nawet tego słuchać, żołnierzu, to jest rozkaz. Dobrze wiecie, że jest nas coraz mniej, a nasi nowi rekruci potrzebują doświadczonego przywódcy – mówił.

- Spakujcie się i pożegnajcie z oddziałem, wieczorem przyślę po was moich zastępców. – Po tych słowach, sprawdził czy w okolicy nie ma żadnych ludzi, po czym przeskoczył przez poręcz ogrodzenia.

- Życzę wam miłego dnia – powiedział i oddalił się.

Sam nie wiedziałem, co mam powiedzieć. To tutaj miałem najlepszych przyjaciół, dom, rodzinę. Nie musiałem się specjalnie przyglądać, żeby zobaczyć, jak młody Szeregowy ociera łzy. Skipper jako pierwszy postanowił zadziałać. Podszedł do mnie i położył skrzydło na ramieniu.

- Kowalski, głowa do góry, to dla was prawdziwa szansa – powiedział, w głębi wiedząc, że takie gadanie jest nic nie warte. – Poza tym będziemy cię odwiedzać.

Młodzik zdążył się już rozpłakać.

- Weźcie się ogarnijcie, Szeregowy – skarcił go.

Biedak zamilkł, cicho pociągając nosem. Zrobiło mi się go żal.

- Szefie, niech szef nie będzie dla niego taki surowy – podszedłem do niego i pogłaskałem go po głowie.

- Nie martw się, przecież nie wyjeżdżam na zawsze. – Ku mojemu zdziwieniu, pingwin przytulił mnie i wybuchł płaczem. W jego ślady poszedł Rico, a mi zrobił się smutno.

- Panowie, my nie płaczemy – mruknął Skipper, jednak i jego głos zdawał się nieco chwiejny.

- Powinniśmy cieszyć się z sukcesu Kowalskiego – wydukał, mrugając powiekami. – Myślcie o czymś męskim, o monster truckach i ciężarach – powiedział, po czym rozpłakał się jak dziecko.

Ja jako jedyny powstrzymałem się od nadmiernego okazywania uczuć, co nie znaczyło, że nic nie czułem. Wiedziałem, że to będzie jedna z najtrudniejszych rzeczy w moim życiu. Wprawdzie zawsze chciałem zostać dowódcą, gdzieś w głębi o tym marzyłem, jednak gdy moje pragnienia się spełniły, poczułem, że to zbyt wiele i nie dam sobie rady. Jednak nie miałem wyjścia, wiedziałem jaki jest generał i jak bardzo źle znosi niesubordynację. Nie zostało mi nic innego jak zaryzykować.

***

Zegar wybił godzinę 21:30. Staliśmy przed bramą, patrząc jak kilka obcych pingwinów pakuje moje rzeczy do auta. Staliśmy w zupełnej ciszy. Kilka minut później, wsiadłem do środka, bez żadnego słowa. Nic dziwnego, nie były nam one potrzebne, żeby wyrazić, co teraz czuliśmy. Przez cały czas patrzyłem przez okno, nawet gdy drużyna zniknęła mi z oczu. Skuliłem się na siedzeniu jak małe dziecko. Do oczu napłynęły mi łzy. Nie minęło nawet pięć minut, a ja już za nimi tęskniłem.

W skrzydłach trzymałem mapę mojego nowego zoo i zdjęcie drużyny, którą będę dowodził. Przedstawiało ono trójkę młodszych ode mnie osób. Z tyłu fotografii był załączony krótki opis każdej z nich. Oddział składał się z dwóch mężczyzn i dziewczyny – 23-letniego Svena, 21-letniej Olivii i najmłodszego Maksymiliana. Wyglądali całkiem zwyczajnie, nie odznaczali się niczym szczególnym. Olivia interesowała się fotografią, Maks uprawiał sporty ekstremalne (zapewne nie tak ekstremalne jak Rico), a Sven w wolnym czasie gotował. Zastanawiałem się, jak mnie przyjmą. Podobno ich poprzedni przywódca miał wypadek i nie był w stanie dalej pełnić swojej funkcji.

- Pewnie czują się tak jak ja teraz – szepnąłem sam do siebie, do końca nie wiedząc nawet, że powiedziałem to na głos. Bałem się tego spotkania. Brakowało mi wszystkich możliwych cech przywódczych.

Położyłem głowę na oparciu i zamknąłem oczy. Przez to całe zamieszanie zapomniałem o ostatniej przygodzie z kranem, migrenie i grypie, w głowie miałem tylko trójkę pingwinów, z którymi za chwilę miałem się spotkać. Z nerwów rozbolał mnie brzuch. Usłyszałem rozmowę dwóch pingwinów, zajmujących miejsce z przodu auta.

- Co jest z tym radiem ? Nie chce złapać żadnej stacji…

 C.D.N.

Rozdział II

Witajcie ! Dziękuję Wam bardzo za komentarze pod ostatnią notką :) Gabi, na pewno zabiorę się za czytanie twojego opowiadanka, a teraz zapraszam na rozdział II.

Rozdział II

Kolejny szablonowy dzień, niczym scenariusz kiepskiego sit-comu. Po akcji ratunkowej (równie przewidywalnej, co pozostała część dnia) zająłem się regularnymi porządkami w laboratorium. Jedynym niespodziewanym urozmaiceniem mojego nieurozmaiconego dnia był promieniejący ból głowy po lewej stronie, najprawdopodobniej migrenowy.
– 18:51, migrena, brak koncentracji – zanotowałem, przykładając do czoła kawałek zamrożonego łososia. Już od dawna nie miewałem ataków, pomyślałem, że najwidoczniej źle znosiłem nagły spadek temperatury. Cóż, mieliśmy już listopad, ani się obejrzymy, a na naszym wybiegu pojawi się pierwszy śnieg.
Kilka minut później skończyłem układać przybory do pisania. Zauważyłem, że dzięki organizacji i odpowiedniemu rozmieszczeniu przedmiotów, moja praca była bardziej efektywna. Wypiłem herbatę z dzikiej róży (świetnie usuwa toksyny z naszego organizmu, zaraz po kakao), po czym kontynuowałem badania nad moim wyjątkowym eliksirem.
– Kowalski, czy możecie pozwolić tu na sekundkę ? – usłyszałem cierpki głos Skippera.
Wychyliłem głowę zza żelaznych drzwi laboratorium. Szef stał kilka kroków dalej, z metalowym durszlakiem na głowie. Spojrzałem na niego nieco zdziwiony.
– Sowieci próbują przejąć kontrolę nad naszymi umysłami za pomocą telewizora – odpowiedział, nerwowo rozglądając się dookoła. Najwyraźniej wskaźnik paranoi osiągnął właśnie poziom krytyczny i był bliski wybuchu.
Zerknąłem w stronę rzekomego telewizora. Ekran był nieco zaśnieżony, z trudem odbierał obraz, nie wspominając już o dźwięku.
– To tylko zwykłe zakłócenia, proszę pana, mamy dzisiaj wyjątkowo niekorzystną pogodę – odparłem, przez cały czas chłodząc obolałe miejsce. – Powinno samo minąć, gdy tylko się przejaśni.
Skipper zlustrował mnie wzrokiem. 

- Zakłócenia, mówicie ? – mruknął, robiąc minę myśliciela. Po chwili znowu skierował wzrok na mnie. – No tak, miną same – zaczął, po czym obezwładnił mnie i przygwoździł do podłogi. – Oddajcie mi mojego żołnierza, wiem, że tam jesteście ! – krzyczał, sądząc, że cała rozmowa jest nagrywana przez podsłuch. Rico i Szeregowy z trudem odciągnęli go ode mnie. Obraz w telewizorze całkowicie zniknął.

***

Każdy z oddziału nosił teraz metalowy durszlak. Szef zdążył się już nieco uspokoić, a każdy z nas przekonywał go, że nie ma wypranego mózgu.
– Proszę, mój specjalny koktajl sardynkowy z nutką miłości na pewno Szefowi zasmakuje – powiedział młody Szeregowy, podając Skipperowi jego ulubiony kubek. Ten na początku stawiał opór, jednak już po jednym łyku poprosił o dolewkę. Ja natomiast skupiłem się na odbiorniku. Wprawdzie wątpiłem w to, żeby był uszkodzony, jednak wiedziałem, że to na pewno uspokoi Szefa. Obraz wrócił do pierwotnego stanu, co ciekawe, moja migrena również dała za wygraną.
– Wygląda na to, że wszystko jest w porządku – odparłem, przykręcając tylnią obudowę. – To tylko drobne niedogodności pogodowe.
Sięgnąłem po śrubokręt, jednak w miejscu, na którym jeszcze przed chwilą leżał, napotkałem pustkę. Wstałem i poszedłem w jego kierunku. Leżał kilka metrów dalej, tuż pod drzwiami od łazienki. Gdy schyliłem się, żeby go podnieść, poczułem dziwne mrowienie w jednym ze skrzydeł, jakby przez moją skórę przeszedł prąd o bardzo małym natężeniu.
– Dziwne – mruknąłem, łapiąc za śrubokręt. Nagle fala gorąca otuliła moje ciało, tępy ból głowy powrócił, a żołądek związał się w supeł. Serce zaczęło bić szybciej.
– Kowalski, czy wszystko w porządku ? – usłyszałem troskliwy głos młodzika.
Z trudem odwróciłem głowę, uśmiechając się lekko, jakby na znak, że ze mną wszystko dobrze.
Nie mogłem mówić, całe moje ciało zdawało się być takie ciężkie, każdy ruch wymagał ode mnie ogromnego wysiłku. Szeregowy podbiegł bliżej.
– Szefie, coś złego dzieje się z Kowalskim – powiedział, niepewnie dotykając mojego ramienia. Zrobiło mi się niedobrze, świat zawirował mi przed oczami. Zemdlałem.

***

– Kowalski, obudźcie się, żołnierzu !
Uśmiechnąłem się lekko. Skipper krzyczał tym samym tonem przy każdej pobudce. Musiał już dochodzić do siebie. Otworzyłem oczy, będąc gotowym na poranny trening i kilka zaległych misji, lecz zamiast apodyktycznego pingwina z megafonem w skrzydle, ujrzałem trójkę najlepszych przyjaciół stojących nade mną.
– Co wy robicie ? – zapytałem wyraźnie wytrącony z równowagi. Lewym skrzydłem przetarłem oczy i podniosłem się z podłogi. – To jakieś ćwiczenia, Szefie ?
Czarno-białe trio wyraźnie odetchnęło z ulgą.

- Och, Kowalski, już myśleliśmy, że coś ci się stało – pisnął młody Szeregowy z troską. – Jak się czujesz ? – zapytał.
Zmarszczyłem brwi. Naprawiałem telewizor, a potem musiałem uciąć sobie krótką drzemkę. O co ta cała afera ?
– Dobrze ? – odpowiedziałem równie pytająco.
Sam już nie wiedziałem, czy to jakiś rodzaj żartu, bynajmniej sytuacja ta była nieco krępująca. Zrobiłem kilka kroków w tył, patrząc na zatroskane twarze moich kolegów.
– Pójdę do łazienki – oznajmiłem, po czym udałem się w przeciwną stronę.
Co ich opętało ? Przecież czuję się znakomicie, przestała nawet boleć mnie głowa. Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Nieco zmierzwione pióra, rozbiegany wzrok. Może rzeczywiście zemdlałem z nadmiaru pracy ? Jednak to by nie tłumaczyło mojego pozytywnego samopoczucia. Dziwne…
Jednym, sprawnym ruchem odkręciłem wodę, żeby przemyć twarz i nieco się ocucić. Włożyłem skrzydła pod strumień wody, gdy ta cofnęła się gwałtownie i opryskała sąsiednią ścianę. Odskoczyłem jak oparzony, o mało co nie dostając zawału.
– C-co to było ? – zapytałem, nie oczekując odpowiedzi. Czy to byłem ja ? A może miałem halucynacje i potrzebny był mi dobry lekarz psychiatra ?
Dopiero po chwili zdecydowałem się powtórnie podejść do zlewu. Zacisnąłem mocno powieki i ostrożnie podsunąłem skrzydło po kran. Wystraszyłem się nieco, gdy poczułem mokrą ciecz. Stałem tak jeszcze chwilę, patrząc jak woda leje się po moich skrzydłach.
– Żyjecie tam Kowalski ? – zapytał Skipper, a ja podskoczyłem w miejscu.
– T-tak Szefie, już wychodzę – odpowiedziałem i zakręciłem kurek.
Myślałem, że wszystko jest już w porządku i zdawało się, że mam rację. Pomimo tego i tak nie mogłem zasnąć w nocy…

C.D.N.

Rozdział I

Rozdział I

Kowalski P.O.V.

Czuję, że jestem blisko. Jeszcze tylko kilka kropel i… gotowe. Niebieska ciecz w jednym momencie zmieniła swój odcień, a w zasadzie stała się bezbarwna. Uśmiechnąłem się, ostrożnie umieszczając probówkę na stojaku.
– Dobra robota, Kowalski, zasłużyłeś sobie na przerwę – powiedziałem sam do siebie, odkładając gogle do szuflady. – Mój eliksir młodości jest wreszcie gotowy.
Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułem się tak dumny. To odkrycie byłoby przełomem dla ludzkości, zapewniło mi sławę i bogactwo. Jednak nie chciałem tego, robiłem to dla własnej satysfakcji. Tak więc wziąłem szybki prysznic, podłączyłem smartfona do ładowarki, po czym położyłem się. Skipper na szczęście nie zauważył, że wymknąłem się w środku nocy. Bardzo nie lubił nieposłuszeństwa w swoim oddziale. Oparłem głowę na poduszce i chwilę później zapadłem w głęboki sen. Szkoda tylko, że zapomniałem o pewnej niedogodności, pozostawionej samej sobie w moim miejscu pracy.

***

Następnego dnia, zaraz po porannym treningu i kilku mniejszych misjach, udałem się do laboratorium.
– Minęło dokładnie 10 godzin, substancja jest gotowa do testów.
Z dumą spojrzałem na przeźroczystą probówkę.
– Tak bardzo cię kocham – odparłem, biorąc ją w swoje skrzydła.
Przez chwilę zastanawiałem się, jaki ma smak. Jeśli tak samo neutralny jak zapach, nie powinno być problemu z jej wypiciem. Jeszcze raz spojrzałem na szklane naczynie, po czym pochłonąłem jej zawartość.
– Hmm, nie było tak źle – pomyślałem.
Nieco gorzkawo-słony smak, podobny do lekarstwa, które w dzieciństwie dawała mi mama. Ze schowka wyciągnąłem notatnik.

- Pierwsza minuta. Brak reakcji – zapisałem niedbale.

Odczekałem jeszcze pół godziny, po czym wróciłem do reszty załogi. Wszystko było całkowicie normalne. Szeregowy, Rico i Skipper grali w karty razem z zaproszoną przez nich Marlenką.

- O, cześć Kowalski, jak twój wynalazek ? – zapytała jak zawsze pogodna wydra.
Uśmiechnąłem się od ucha do ucha (a raczej otworów słuchowych).
– Znakomicie, Marlenko, jestem pewien, że tym razem zadziała – odparłem, wyraźnie optymistycznie nastawiony, pomimo wielu moich niepowodzeń.
Skipper uśmiechnął się sarkastycznie.
– Tak jak ostatnim razem ?
Ja jedynie posłałem mu kwaśną minę.
– Szefie, uważam, że nie powinieneś być taki surowy dla Kowalskiego, on naprawdę się stara – stwierdził Szeregowy swoim ciepłym, lukrowanym głosem.
– Mały, naiwny Szeregowy, prawdopodobieństwo tego, że wynalazek Kowalskiego znowu nam tu czegoś nie wysadzi, jest jak jeden do miliona – wywnioskował .
– Pff, Szef jak zawsze taki sceptyczny. Ale jeszcze zobaczycie, tym razem jestem pewien, że mi się uda, a teraz przepraszam. Muszę udać się w teren, aby przetestować działanie mojego wynalazku. – Po tych słowach opuściłem nasza kryjówkę i skierowałem się w stronę parku.
– To jak, panowie i Marlenko ? – odparł Szef. – Może jakiś zakładzik ?

***

– Głupie, pozbawione inteligencji stworzenia – mruczałem do siebie. – Jeszcze im pokażę, na co mnie stać.
Od prawie godziny błądziłem po parku, sprawdzając jakie działanie ma na mnie nowe serum. Jako że w bazie nie mogłem liczyć na chwilę spokoju, postanowiłem, że przeprowadzę je tutaj.
– Godzina 13:01, bez zmian – zanotowałem.
Pomimo pięknej pogody i warunków sprzyjającym spacerom, okolica była opustoszała, po drodze spotkałem jedynie kilka osób. Zmęczony wędrówką, usiadłem pod jednym z drzew, kontynuując swoje zapiski. Nie zauważyłem nawet nadchodzącego zagrożenia.
– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – odparł nieznajomy głos. – Czy mogę się dołączyć ?
Podniosłem głowę. Nade mną stał brudny, wychudzony rottweiler.
– Jak na pingwina jesteś bardzo wątły – powiedział, podchodząc nieco bliżej. – Ale nie będę wybrzydzał.
Nerwowo przełknął. No pięknie Kowalski. Raz na rok postanawiasz wyjść sam na miasto i już pakujesz się w kłopoty.
– H-hej, co słychać ? – zająkałem się, zasłaniając twarz clipboardem. Czarny pies przycisnął mnie do drzewa łapą. Wycofałem się jeszcze bardziej, a przynajmniej próbowałem.
– Na drugi raz przyprowadź kolegów, jeden pingwin to marny posiłek. Poczułem jego cuchnący oddech na karku. Z przerażenia znieruchomiałem, zupełnie zapominając o tym, czego się nauczyłem. Zawsze działaliśmy w grupie, sam nie miałem żadnych szans. W ostatniej chwili zakryłem się skrzydłami, mocno zaciskając powieki. Jednak nic nie poczułem.
– Co jest ? – mruknąłem, otwierając oczy. Groźna bestia, która jeszcze przed chwilą chciała zrobić sobie ze mnie obiad, leżała teraz ogłuszona kilka metrów później. Podniosłem się gwałtownie, próbując złapać oddech.
– Ktoś t-tu jest ? – wydukałem, rozglądając się dookoła. Cisza, nikt mi nie odpowiedział. Nie chcąc ryzykować, wziąłęm teczkę i uciekłem. Jednak przez cały czas męczyło mnie jedno pytanie – kto mnie uratował ?

***

Do bazy wpadłem jak oparzony.Rozbieganym wzrokiem prześledziłem pomieszczenie, zatrzymując się ostatecznie na Szefie.
– Coś nie tak, Kowalski ? Wyglądacie jakbyście zobaczyli ducha.
Wziąłem głęboki oddech, powoli się uspokajając. – To nic takiego, proszę pana, testowałem moje serum – wymyśliłem na poczekaniu.
– To świetnie, żołnierzu. Tylko niczego nie wysadźcie – dodał.
Ja natomiast zamknąłem się w swoim laboratorium pod pozorem ważnych eksperymentów. Bezwładnie opadłem na fotel, przyglądając się Żelkowi pałaszującemu niedojedzone jabłko. Zaraz…
– Żelek, co ty tutaj robisz, powinieneś być w terrarium – powiedziałem, głaszcząc żelatynową masę. Stworek odpowiedział mi bliżej nieokreślonym odgłosem, przypominającym warkot. – Żelusiu, dobrze wiesz, że nie możesz jeść owoców – powiedziałem, odnosząc pupila na jego miejsce. – Jutro tatuś kupi ci pyszną bitą śmietanę.
Gdy Żeluś trafił już do swojej klatki, ja wziąłem się za sprzątanie biurka. Umyłem probówki, poukładałem zeszyty do pudełek. Co ciekawe, na jednym z nich znalazłem dziwną, sproszkowaną substancję, którą najprawdopodobniej był cukier.
– Mówiłem Szeregowemu, że nie słodzę herbaty – mruknąłem do siebie.
Kilka minut później, ktoś bezczelnie wtargnął do mojej oazy ciszy i spokoju.
– Kowalski, mamy mały problem – powiedział twardo Skipper.

C.D.N.

To by było na tyle. Już od dawna nie miałam żadnego bloga i nie pamiętam jak to jest dodawać opowiadania. Mam nadzieje, że chociaż jedna osoba to przeczyta :)